Spoty o suplementach diety oraz lekach bez recepty to ponoć nawet 25 % całego rynku reklamowego. W radiu zajmują niemal 70 % czasu przeznaczonego na reklamy. Nie da się ich uniknąć, nie oglądać i nie słuchać – są wszechobecne. Jako farmaceutka jestem takim stanem rzeczy zbulwersowana. Panie i panowie w białych kitlach, udając lekarzy, zalecają pigułki, tabletki, syropy i krople „na wszystko”. Przekaz jest silny – obiecuje się odbiorcom koniec dolegliwości, namawia się do jedzenia ciężkostrawnych potraw, bo przecież wystarczy po posiłku zażyć magiczną kapsułkę…

Rynek leków bez recepty to duży temat, dlatego dziś skupię się tylko na suplementach diety, bowiem, choć sprzedawane są w aptekach, to z lekami mają niewiele wspólnego.

Teoretycznie zadaniem suplementów diety jest utrzymanie równowagi organizmu na poziomie zapewniającym pełnię zdrowia, natomiast produkty lecznicze stosowane są w celu przywracania równowagi w organizmie, zakłóconej przez proces chorobowy. Niestety, konsumenci mamieni reklamami i ufający, że skoro kupują coś w aptece, to jest to dobry produkt – nie wiedzą lub nie chcą pamiętać, że suplementy diety to zwyczajne artykuły spożywcze. I jako takie nie przechodzą badań klinicznych potwierdzających ich skuteczność oraz ograniczających lub wykluczających działania niepożądane.

Ba! Ponieważ opakowania suplementów diety zwykle zawierają wskazania i dawkowanie, ale rzadko pojawiają się tu przeciwwskazania, to może się wręcz zdawać, że suplementy są bardziej bezpieczne niż leki.

„Monika Zagrajek, Dyrektor Departamentu Żywności Prozdrowotnej Głównego Inspektoratu Sanitarnego, przyznaje, że suplement diety bardzo łatwo wprowadzić do sprzedaży. Choć Polska prowadzi monitoring tych preparatów, to w praktyce działanie Inspektoratu ogranicza się do przyjęcia zgłoszenia od producenta i umieszczenia go na liście takich produktów. W niektórych przypadkach producent jest dopytywany o szczegóły. Zdarza się, że w razie wątpliwości GIS sięga po opinię ekspertów lub odsyła deklarację producenta do weryfikacji jednostki naukowej. To jednak nieliczne sytuacje. – Zresztą wiele innych krajów UE poprzestaje na przyjęciu zgłoszenia lub w ogóle nie rejestruje suplementów – mówi Zagrajek. Dyrektywa unijna pozwala na prowadzenie monitoringu, ale nie narzuca go.” (za: rynekaptek.pl)

Co robić, gdy organizm potrzebuje uzupełnienia w witaminy i minerały? Proste: poprosić farmaceutę o produkt, który jest lekarstwem, a nie suplementem diety. Taki produkt ma na ogół mniej kolorowe opakowanie, ale zwykle jest tańszy (!) niż suplement i ma załączoną ulotkę z wyczerpującym opisem działania, dawkowania, ewentualnych skutków ubocznych i przeciwskazań. Suplementy takich opisów nie muszą mieć. Nie wiadomo, ile jest w nich „witaminy w witaminie”, łatwo je też przedawkować, bo wydają się niegroźne.

Szczególnie niebezpieczne są wszystkie „cudowne” środki odchudzające! Gdyby któryś z nich naprawdę działał – nie byłoby problemów, prawda? Ale nawet jeśli konsumentowi waga spada – to zwykle ogromnym kosztem zdrowia, m.in. wątroby i serca.

„Zastąpienie prawdziwych leków suplementami diety, nadmierne ich spożywanie lub nawet przyjmowanie bez uzasadnionej potrzeby – może prowadzić do poważnych konsekwencji. W USA Federalna Agencja Żywności i Leków wyliczyła, że suplementy diety odpowiadają za 23 tys. wizyt na oddziałach ratunkowych oraz ponad 2 tys. hospitalizacji rocznie. – Wkrótce możemy mieć problem z rzeszą Polaków dotkniętych przez konsekwencje tak funkcjonującego rynku – ostrzega prof. Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska, Kierownik Zakładu Opieki Farmaceutycznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.” (rynekaptek.pl)